Długość siodła to zaraz po rozstawie drugi podstawowy aspekt dopasowania siodła do konia i chyba najbardziej kontrowersyjny w branży siodlarskiej. Dlaczego? Bo istnieje wiele szkół i metod oceny, gdzie siodło powinno się kończyć na grzbiecie. Rozbieżności między poszczególnymi są na tyle duże, że punkty graniczne wyznaczone najbardziej surowymi i liberalnymi metodami mogą się między sobą różnić o nawet kilkanaście centymetrów. To dość dużo, by na tego samego konia założyć siodło 16 i 18 cali. Mało tego - to dość dużo, by jeździec normalnej budowy mógł i nie mógł jeździć na swoim koniu.
Czyli mamy siodło Schrödingera - jednocześnie pasuje i nie pasuje. Zależy, kogo poprosicie o konsultację. Jak się odnaleźć w gąszczu sprzecznych informacji?
Najpierw sama teoria. Wszystkie szkoły siodlarskie zgodnie twierdzą, że siodło nie ma prawa wystawać poza ostatnie żebro odcinka piersiowego kręgosłupa konia. Uzasadnienie wydaje się logiczne - mięsień najdłuższy grzbietu (czyli główny, na którym leży siodło) ma lepsze podparcie na żebrach, niż wyrostkach poprzecznych odcinka lędźwiowego. Kolejne uzasadnienie to mobilność odcinka lędźwiowego, która jest większa, niż odcinka piersiowego (niektórych koni znacznie większa). Co to oznacza? Że siodło kończące się na przejściu piersiowo-lędźwiowym lub samych lędźwiach będzie leżało znacznie mniej stabilnie zarówno klapiąc tyłem, jak i bujając się na boki. Nie trzeba być też geniuszem jazdy konnej, by wiedzieć, że ucisk w okolicach lędźwi skutecznie zniechęci konia do uniesienia grzbietu.
Podsumowując - w teorii chcemy, żeby element nośny siodła, czyli terlica, leżał między 10 a 18 kręgiem piersiowym, by uzyskać jak największą powierzchnię rozłożenia ciężaru jeźdźca na obszarze zdolnym do jego noszenia.
Jak to wygląda na szkielecie konia? Sporządziłam taki oto gustowny obrazek, na którym zobrazowałam wszystkie "szkoły", o jakich słyszałam.

Pierwsza linia (czerwona) wyznacza wyrostek T10, gdzie teoretycznie powinny się opierać ramiona terlicy. W rzeczywistości to miejsce może się różnić zależnie od budowy i skątowania łopatek konia, ponieważ ostatecznie chcemy położyć na koniu siodło w sposób, który zapewni mu swobodę ruchu łopatki. W praktyce oznacza to, że ramiona terlicy (nie sam panel!!!) powinny leżeć ok. 5 cm za krawędzią dominującej łopatki (czyli tej cofniętej).
Czarna linia pokazuje graniczny punkt, gdzie terlica powinna się kończyć. Dlaczego akurat tam? Ponieważ ostatnie żebra konia schodzą się do wyrostków poprzecznych kręgosłupa pod bardzo dużym kątem i ostatnie żebro wchodząc pod mięsień najdłuższy grzbietu daje mu wystarczające podparcie, by nosić siodło. Jak oznaczyć ten punkt na grzbiecie? Znajdujemy ostatnie żebro i przesuwamy palce wzdłuż jego linii w górę, aż schowa się pod mięśniem. Od tego punktu idziemy pionowo do góry aż do wyrostków kolczystych.
Wiecie, co jest niesamowite w tej metodzie? Że obszar, na który można założyć siodło, zależy nie tylko od szkieletu konia, ale i od jego muskulatury. Staje się jasne, że im bardziej nabudowany mięsień najdłuższy grzbietu, tym dalej przesuwa nam się punkt, w którym ten mięsień nadal ma podparcie ostatniego żebra. Nie bez znaczenia jest też kształt grzbietu - im bardziej opuszczony i łękowaty, tym krótsze musi być siodło.
Najbardziej niesamowite są sytuacje, w których na koniu wyjętym prosto z boksu, ze zrelaksowanym opuszczonym grzbietem siodło początkowo wydaje się być za długie, by potem, wraz z rozluźnieniem i zaangażowaniem rozwijającym się w trakcie jazdy, nagle okazało się, że mieści się na tym grzbiecie bez problemu.
Niektóre szkoły (m.in. SaddleFit4Life) stosują bardziej restrykcyjną metodę, gdzie panel siodła ma się kończyć dokładnie na T18 (oznaczone linią zieloną). Taki pomiar bywa szczególnie korzystny dla konia w sytuacji, gdy ma słabą muskulaturę odcinka lędźwiowego, jest przebudowany zadem lub ma po prostu słabo związany grzbiet. Często stosuję tą metodę pomiaru także na świeżo zajeżdżonych koniach, by zachęcić je do podnoszenia grzbietu. Widać jednak bardzo wyraźnie, że różnica między pierwszą a drugą metodą pomiaru zabiera nam ładnych parę centymetrów z długości siodła, dlatego trzymam się pierwszej metody zwłaszcza, kiedy mam konia z ładnie nabudowanym płaskim grzbietem i jeźdźca, który potrzebuje większego siedziska.
A teraz dwa absurdalne znaleziska w czeluściach internetu:
Linia pomarańczowa - niektórzy znajdując ostatnie żebro idą wzdłuż jego krzywizny pod tym samym, bardzo dużym kątem, aż do szczytu grzbietu. Realnie ten punkt wypada w okolicach T16. Przyjęcie takiego założenia w wielu przypadkach spowoduje, że na nie da rady dopasować absolutnie żadnego siodła, w które jeździec miałby szansę się zmieścić. Sami widzicie, jak krótki na grzbiecie staje się obszar, na którym siodło mogłoby leżeć. Ponad to tak skrajne metody przeczą głównemu założeniu użytkowania siodeł do jazdy konnej, czyli rozkładania ciężaru jeźdźca na jak największej powierzchni. W tym przypadku ta powierzchnia jest stanowczo zbyt mała i naraża konia na punktowy ucisk od siodła pod tylnym łękiem.
Linia fioletowa chyba nie wymaga nawet komentarza. Salwa baranów murowana.
Nawet po tak obszernych wyjaśnieniach musicie pamiętać, że wbrew filmom poświęconym tematyce dopasowania siodła na YouTube prezentującym swój punkt widzenia niczym prawdę objawioną nie przeprowadzono dotychczas żadnych wiarygodnych badań, które by jednoznacznie wskazały, jakiej długości siodło zaczyna przeszkadzać koniowi. Stąd fanatyzm w tej dziedzinie jest absolutnie niewskazany - ostatecznie naszym celem jest znalezienie rozwiązania, w którym i koń i jeździec będą się czuli razem komfortowo. Z tego względu czasem musimy iść na pewne kompromisy i obserwować, jak koń sobie z tym radzi.
Jeśli przymknięcie oka na długość siodła zacznie stanowić dla konia problem, mamy pewność, że trzeba je zmienić na krótsze (czasem razem z jeźdźcem...). Jest jednak wiele par, które funkcjonują bezawaryjnie z siodłem nieco dłuższym od powyższych wytycznych i koń nie pokazuje żadnej bolesności.